Make a promise to live a lifetime in every heartbeat
Blog > Komentarze do wpisu
"Żonglerka tygrysami" Neil Kelly
Jestem świeżo po lekturze książki "Żonglerka tygrysami". Jestem pod wrażeniem! Podziwiam autora, że był w stanie wszystko przetrzymać! Co innego pojechać do Indii na wakacje, a co innego tam żyć, mieszkać i pracować! W trakcie czytania miałam wrażenie, że Indie to jeden wielki chaos! Nic tam nie działa jak należy, ale chyba właśnie w tym tkwi cały urok tego kraju!

Najbardziej spodobało mi się kwestia:
"- Już nie są popsute?[...]
- Nie były popsute, tylko były w naprawie."


Rzeczywiście Indie mogą nauczyć bardziej optymistycznej interpretacji prawdy!
Za to jestem im wdzięczna!

Po latach pracy w agencjach reklamowych na całym świecie Neil Kelly sądził, że widział już wszystko - dopóki nie przyjechał do Indii. Tam jego pomysł na życie został poddany ciężkiej próbie.

Indie były dla mnie doznaniem ostatecznym; Krainą Czarów, która wykraczała nawet poza granice olśniewającej wyobraźni Lewisa Carrolla (...). Nie mógłbym napisać tej książki o żadnym innym kraju ani, jak podejrzewam, o żadnym innym zawodzie - dzieli się ze swoimi czytelnikami, zachęcając ich do poznania jego wielkiej życiowej przygody.



Kilka cytatów z książki:

[...] miałem okazję obejrzeć część stolicy zbudowaną w czasach brytyjskich, elegancką sieć ulic zaprojektowaną przez Lutyensa. Szerokie, wysadzane drzewami aleje z przestronnymi, stylowymi białymi bungalowami kontrastowały, wręcz kłóciły się z natłokiem trąbiących, dymiących ciężarówek, autobusów i motorowerowych riksz. Jeszcze bardziej nie na miejscu były włóczące się święte, acz zmizerowane krowy, które pasły się na pasie szybkiego ruchu. Na skuterach i motorowerach jechały całe rodziny: mama, tata i dziecko upchnięci na siodełku, z niemowlęciem ułożonym na kierownicy, niby w amatorskim popisie cyrkowym. Pośród całego tego ruchu, często pod prąd, chybotliwie przemieszczały się riksze rowerowe, wioząc dwoje, a czasami troje ludzi. Autobusy przewoziły ich setki; zardzewiałe puszko pełne upieczonych istot, wystawiających ręce przez okna dla zasygnalizowania każdego skrętu.

Indie są niczym wielka klepsydra wypełniona przesypującymi się ludźmi, którzy nie przywiązują wagi do dokładnych, chronologicznych mierników czasu, takich jak sekundy czy minuty. Mimo szerokości kraju, Indie mają tylko jedną strefę czasową i na dodatek jest ona przesunięta o pół godziny w stosunku do pozostałych stref czasowych świata.

Jedynym prawem w tej Pierwszej Wielkiej Wojnie Ruchu Drogowego przestrzeganym zgodnie przez wszystkich była zasada, że mniejsze pojazdy, o ile nie chcą stać się jeszcze mniejsze, muszą ustąpić pierwszeństwa przejazdu pojazdom większym. Gdy w szranki stawały dwa pojazdy o podobnym rozmiarze, sprawa rozstrzygała się w zależności od tego, komu prędzej puściły nerwy i kto potrafi dłużej i głośniej trąbić. Klakson był zdecydowanie najpotężniejszą bronią kierowcy, a sztuka utrzymania się przy życiu na indyjskich drogach polega na tym, żeby zapomnieć o wszystkich, którzy pozostali z tyłu, i trąbić na wszystkich, którzy są z przodu. W końcu lusterko wsteczne było zainstalowane po to, żeby zawiesić na nim jakąś puchatą ozdobę albo żeby sprawdzić, czy kierowcy nie zmierzwiła się fryzura, nie starł makijaż albo może nie stracił głowy. W tej filozofii było coś wzniośle egzystencjalnego: trąbię, więc jestem. A im większy pojazd, tym donośniejszy klakson i tym większa racja bytu. Ciężarówki i autobusy wydawały dźwięki jak oszalałe słonie, a drugi koniec tej benzynowej falangi stanowiły riksze motorowe i skutery, piszczące jak przerażone myszy. Zupełnie inaczej niż na Zachodzie – tylko spróbujcie w Stanach na kogoś natrąbić, a możecie oberwać – tutaj nikt się nie obrażał, gdy na niego trąbiono. Każdy usiłował dać dowód swojego istnienia. Ciężarówki nawet domagały się tego – z tyłu miały umieszczone napisy: PROSZĘ TRĄBIĆ.

Tak, więc po kilku tygodniach spędzonych w Indiach wiedziałem tyle: nikt nie jest bezpieczny na drogach, zaś każdy rozsądny kierowca kupuje klakson z samochodem, a nie odwrotnie.

Gdy w jakiejś rodzinie ktoś umierał trawiony chorobą, ocierało się chorego szmatką i kładło ją na drodze. Jeśli ktoś na nią najechał, przejmował chorobę, a cierpiąca osoba wracała do zdrowia.

W Delhi jest pewna liczba samoobsługowych sklepów spożywczych w zachodnim stylu i na pierwszy rzut oka wyglądają porządnie – mają półki i kasy. Gdy się im jednak przyjrzeć dokładniej, artykułów wystawionych tam na sprzedaż można by się raczej spodziewać w rosyjskim 7-Eleven: te niezliczone paczki z tajemniczym, brązowym czymś i stosy spłowiałych konserw. I jeśli nawet znajdziecie to, czego szukacie, nie ma żadnej gwarancji, że uda wam się dobrać do zawartości opakowania, nie łamiąc przy tym paznokcia, zęba albo nie tłukąc okna. W Indiach można znaleźć puszkę, której nawet Pandora nie dałaby rady otworzyć, albo butelkę wody ze słynnym plastikowym korkiem, któremy się wydaje, że jest Ekskaliburem. Właściwie nagłówek podsumowujący mój pobyt w Indiach mógłby brzmieć: MOJA WALKA Z BUTELKOWANĄ WODĄ. Opakowania indyjskie to wyzwanie nad wyzwania; starcie inteligencji, sprytu i siły z materią. Co więcej, jeżeli dołączona jest jakaś instrukcja obsługi, nie należy traktować jej zbyt poważnie. Dodaje się je po to, żeby podrażniały pracujący gorączkowo umysł. POCIĄGNIJ ZA KAŃCÓWKĘ – a tu pozostaje wam w ręce. ROZRYWAJ TUTAJ – możecie być pewni, że opakowanie rozedrze się w zupełnie innym miejscu. PRZEBIĆ OTWÓR – aby tego dokonać, potrzebny wam będzie zestaw narzędzi albo dynamit. W CELU OTWARCIA PRZEKRĘCIĆ – twarz wam poczerwienieje przy kolejnym, nie dającym nadziei wysiłku. Są to chyba pierwsze na świecie towary konsumpcyjne, które nie chcą być skonsumowane.

Informowano mnie, a ponadto codziennie czytałem o tym w gazetach, ze podczas trwającego wiecznie lata zawsze występują kłopoty z dopływem wody. Kiedy woda już płynęła z kranu, aż nieprzyjemnie kipiała od wirusów, pierwotniaków, bakterii, fluorku i wapna. Pod jej wpływem szczoteczki do zębów szybko nadawały się do wyrzucenia, a ludziom wypadały włosy. Owa ciężka woda podobno miała również taką właściwość, że w wyniku jednego prania mogła zamienić białą koszulę w szarą szmatę. Żeby nieco te ciecz odkazić i potencjalnie uzdatnić do picia, ludzie przekształcali kuchnie w małe laboratoria. Ci współcześni alchemicy bezskutecznie gotowali, odcedzali i filtrowali nieczystości, w desperackim wysiłku otrzymania podstawowej, naturalnej substancji.

Słyszałem, że Bardzo, Bardzo Ważni niekiedy wykorzystują krajowe linie lotnicze, jakby samoloty były ich prywatną własnością. Opóźniają starty, żeby dopasować je do własnych potrzeb, zmuszają innych pasażerów, by ustąpili swoich miejsc, a nawet czasami zmieniają trasę przelotu tak, żeby zgadzała się z ich planem podróży.

Wystarczy nauczyć się języka i wszyscy stają się twymi przyjaciółmi, a obcy kraj drugim domem.

Bombaj zapewnia nocnym markom dość smakowite kąski, niektóre bardzo rozwiązłe. Bangalur słynie z pubów, Kalkuta z kawiarni. W tych i innych miastach Indii ludzie korzystają z życia nocnego, ale w Delhi zdają się go lękać. Z nadejściem zmierzchu miasto poddaje się dobrowolnej godzinie policyjnej. Gdy ostatni autobus zjedzie do zajezdni już o dwudziestej drugiej, ulice stają się niepokojąco opustoszałe, szczególnie w Nowym Delhi. Jedynymi, z rzadka spotykanymi przechodniami są ci, którzy muszą przemieścić się dokądś pieszo, lub strażnicy. Nawet samochody znikają, jakby były wynajęte tylko na czas dnia. Nieliczne, które się pojawiają, przemykają z miejsca na miejsce, jak w poufnej misji.

Indyjskie fajerwerki są w zasadzie prawdziwą amunicją. Za kilka rupii można kupić bombę, pocisk do moździerza, granat, kolekcję materiałów wybuchowych albo miniaturową rakiete SCUD. Fajerwerki na ogół kupuje się i odpala podczas Diwali – kolorowego i hałaśliwego święta upamiętniającego powrót Ramy z wygnania – jednakże odgłosy dalekich wystrzałów przeszywają noc o każdej porze roku.

Później dowiedziałem się, że jest ich ponad trzysta milionów – to największa populacja krów na świecie i, smutnym trafem, liczba odpowiadająca rzeszy osób, które wciąż żyją poniżej granicy ubóstwa. Znów wytworzyła się metafora, ponieważ stosunek liczby krów do tygrysów jest mniej więcej taki sam, jak stosunek bezsilnych biedaków do wszechmocnych bogaczy.

Zdjęcie: www.moje-indie.com.pl

sobota, 27 stycznia 2007, pheobe6

Polecane wpisy

  • „Hotel Marigold” Deborah Moggach

    Czy w jesieni życia można zacząć wszystko od nowa? Odważyć się całkowicie zmienić sposób bycia? Czy warto? Na te poważne egzystencjalne pytania w lekki, zabawny

  • Shilip Somaya Gowda "Sekretna córka"

    W małej indyjskiej wiosce Kavita wydaje na świat córeczkę. Jednak w kulturze preferującej synów jedynym sposobem na uratowanie nowo narodzonej dziewczynki jest

  • Salman Rushdie "Joseph Anton. Autobiografia"

    14 lutego 1989 roku, w dzień świętego Walentego, do Salmana Rushdiego zadzwoniła dziennikarka BBC z wiadomością, że autor został "skazany na śmierć" p